niedziela, 7 września 2014

Rozdział 1

-Chachi!!!- Boże, co on może ode mnie chcieć? Cholernie się boję!
- Biegnę!-Wybiegłam z łazienki tak szybko, że mocno uderzyłam ramieniem w drzwi. Nie ważne, muszę się szybko stawić, bo on nienawidzi czekać.
Już ostatni schodek. Widzę jego rozwsieczoną twarz. O nie, błagam, tylko nie to!
-Czemu obiad nie jest zrobiony? A naczynia? Czemu nie są umyte?- zaraz się zacznie. Pobije mnie albo zgwałci. Albo i to, i to.
-Przepraszam, straciłam poczucie czasu. Obiad będzie za 10 minut.- już za późno na tłumaczenie, wiem to bardzo dobrze.
Poczułam jego otwartą dłoń na swoim policzku. Tym razem udeżył mocniej niż zazwyczaj. To zły znak. Zdjął pasek, który zapewne zaraz znajdzie się na moim ciele. Co z nim jest do cholery nie tak?
-Jedzenie ma być zawsze gotowe, gdy wracam, a dom posprzątany!-wydarł się na mnie, po czym uderzył mnie paskiem w rękę, brzuch i plecy.
Nagle po całym domu rozległ się dzwonek do drzwi. Dzięki Bogu! Ktoś mnie właśnie zbawił!
-Chachi, masz otworzyć  drzwi...-zrobił krótką pauzę- ...i nikomu nie mów co się stało.-dodał dużo ciszej.
-Dobrze, proszę Pana.- kazał mi się tak do siebie zwracać. Idiota...
Otworzyłam drzwi, a tam ukazało się sześciu mężczyzn. Jeden jakoś w wieku mojego taty, który zginął... Był bardzo muskularny, a resztę skądś kojarzyłam. Ta 5 była jakoś w moim wieku.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry. Szukam mieszkania Davida i Guadalupe Gonzales.-powiedział a moje serce stanęło. Co on chciał  od moich rodziców, którzy już nie żyją...
-A kim pan dla nich jest?- to pytnie było głupie. On mógł dostarczać jakąś starą przesyłkę. Mogłam się chwile zastanowić nad tym pytaniem...
-Jestem Paul. Przyrodni brat Davida, a ty?
-Olivia Gonzales. Troszeczkę się spóźniłeś wujku. Moi rodzice już zginęłli, kiedy ty jeździłeś z tyąm pieprzonym zespolikiem gejów po świecie.-Ci goście za wujkiem spojrzeli na siebie znacząco, nie mam pojęcia o co im chodzi, ale teraz mnie to wcale nie obchodzi.
Właśnie stoi przede mną ostatnia bliska mi osoba, która wolała zajmować się rozwydrzonymi bachorami, którym szajba odbija przez te ich pieniądze zamiast mną...
 Łzy zaczęły mi się zbieraczać w oczach, więc ugryzłam się w policzek i zaczełam mrugać. To zawsze pomagało.
1. zasada Chachi Gonzales brzmi: nigdy nie okazuj uczuć.
-Olivia? To ty? Co Ci się stało w policzek?-pokazał na ślad na moim policzku, o którym już zdążyłam zapomniec.-I czemu tu jesteś? I ten czerwony pasek na ręce?- dobrze, że pasek trafił prosto w blizny po cięciu, chociaż o nie się nie pyta.
Spojrzałam na tych pięciu gości za nim. To muszą być te gwiazdki, mają drogie ciuchy, ale wolę nic nie mówić na wszelki wypadek. I te ich nieogarniające spojrzenia. Coś w stylu: kurwa, o co tu chodzi?
-Tak, kurwa, ja. Tak spończyłam-pokazałam na policzek- przez śmierć rodziców. Zostałam adoptowana przez jakiegoś pedofila, kiedy ty się bawiłeś w najlepsze!-Wykrzyczałam mu w twarz. Mam nadzieję, że George tego nie usłyszał.
-Olivia, a mogłabyś pójść z nami na kawę i mi szystko wytłumaczyć?-prawdę mówiąc chciałam stąd uciec. Może Paul mi w tym pomoże? Ale i tak nie będę dla niego miła. Mógł mnie uratować od Georga, ale wolał szfędać się z tym zespolikiem jebanym.
-A chcesz, żeby to się powtórzyło?-zapytałam i pokazałam policzek. Ci za nim gapili się z otwratymi buźami.
-Uważajcie, bo Wam muchy do gęb powpadają.-zwruciłam się do tych młotków.
Paul mi nie odpowiedział na moje pytanie. Popatrzył się na mnie, a potem wszedł do domu Georga zanim zdążyłam go powstrzymać...
~~~~~~
Przepraszam, że taki krótki, ale musiałam przerwać w tym momencie :P
Boże, początek szkoły, a ja już padam. :c
Pierwszy tydzień szkoły zaliczony, mogę wakacje?